czwartek, 14 maja 2015

"Dzikie karty", George R.R. Martin (red.) - recenzja

Po dłuższej przerwie wracam z kolejną porcją recenzji. Dzisiaj są to "Dzikie karty".

Superbohaterska alternatywa


Istnieje wiele sposobów, by zostać superbohaterem. Narodziny na planecie, której mieszkańcy posiadają niezwykłe moce i umiejętności (Superman). Ukąszenie przez przedstawiciela pewnego gatunku pająka (Spiderman) lub udział w szemranych eksperymentach naukowych (tu przykłady można mnożyć niemal w nieskończoność). Inna metoda to przywdzianie stroju, który przypomina nietoperza i wydawanie odziedziczonej po zamordowanych rodzicach fortuny na pomocne w walce z przestępcami gadżety (Batman). Ostatnia możliwość to znalezienie się w nieodpowiednim miejscu i czasie – na przykład w epicentrum wybuchu bomby zawierającej wirusa obcego pochodzenia.

Dzikie karty to zbiór niezwykłych opowiadań zredagowanych przez George’a R. R. Martina. Wydrukowane na okładce wielką czcionką miano twórcy Pieśni Lodu i Ognia jest mylące. Wydawnictwo Zysk i S-ka sprytnie zastosowało wabik w postaci znanego i popularnego nazwiska, by przyciągnąć wzrok czytelników. Dopiero po bliższym przyjrzeniu się okładce widać, że Martin jest „tylko” odpowiedzialny za wybór tekstów i redakcję. Można jednak wybaczyć wydawcy zastosowanie tego triku, bo antologia prezentuje się znakomicie.

Akcja zbioru toczy się na przestrzeni kilkudziesięciu lat i jest alternatywną wersją znanej nam historii. W 1946 roku na Ziemię, a dokładniej do Stanów Zjednoczonych, przybył statek kosmiczny z dziwnym pasażerem. Znany później jako doktor Tachion obcy jest przedstawicielem mieszkańców zamieszkujących planetę Takis i przybył, by zapobiec detonacji bomby zawierającej strasznego wirusa wyhodowanego przez jego współplemieńców. W Trzydziestu minutach nad Broadwayem! opisana została rozpaczliwa walka dzielnego pilota Roberta Tomlina, znanego jako Śmig, który próbuje powstrzymać detonację. Niestety na próżno. Wirus nazwany „dzikimi kartami” dziesiatkuje ludność Manhattanu i sprawia, że część z nich mutuje w zupełnie przypadkowy sposób. Ci, którzy przeżyli i zyskali niezwykłe moce (przenikanie ścian, nadludzką siłę czy możliwość czytania w myślach), nazywani zostali asami, natomiast ludzie niemający tyle szczęścia, zmieniający się fizycznie (mutujący w stronę owadów czy dziwnych zwierzęco-ludzkich hybryd) zyskali miano dżokerów.

Antologia zawiera teksty opowiadające historie niektórych z nich. Przykładowo Śpioch to historia Croyda Crensona, który po okresach długiego snu mutuje w przypadkowy sposób, stając się raz asem, a innym razem dżokerem. Teksty utrzymane są w różnych konwencjach – jest historia szpiegowska (Powers), kryminał (Kapitan Katoda i tajemniczy as), thriller polityczny (Sznurki) czy sensacja w stylu filmów z lat 80-tych (Nadchodzi łowca). Wszystkie osadzono w znanych z historii Stanów Zjednoczonych realiach, a niektóre z nich odwołują się do przełomowych wydarzeń. Echa działalności komisji HUAC (komisja śledcza do badania działalności antyamerykańskiej) stworzonej jako narzędzie ścigania komunistów, odbijają się na działalności Czwórki Asów, sekretnej grupy dzikich kart walczących w obronie kraju i demokracji (Świadek). Także tajne działania rządu w czasie trwania Zimnej Wojny stały się kanwą jednego z opowiadań (Powers).

Trudno oczekiwać, że zbiór tekstów kilkunastu różnych pisarzy będzie jednolity pod względem jakościowym. Choć autorami są między innymi Roger Zelazny (Śpioch) czy George R.R. Martin (Chwile w życiu żółwia), to pozostali twórcy – wielokrotnie nagradzani za oceanem – to nazwiska raczej mało znane na naszym rynku. Niektóre teksty bardziej mi się podobały od innych i te czytałam z prawdziwą przyjemnością (między innymi wspomniane opowiadanie Martina czy Procedura łamania Melindy M. Snodgrass), ale zdarzały się też przypadki, że ledwie zdołałam przebrnąć przez lekturę (Długa, mroczna noc Fortunata Lewisa Shinera).

Zamysł tej antologii, różnorodność mocy, jakimi dysponują asowie i dżokerowie oraz mocne przesłanie o tolerancji dla inności i odmienności, nieustannie przywodzą mi na myśl podobne uniwersum stworzone w komiks, a więc świat X-menów. Zarówno w Dzikich kartach, jak i rzeczywistości mutantów Marvel Comics, istnieje osoba, która w jakiś sposób stara się pomóc odmieńcom (doktor Tachion – profesor Xavier), a także politycy zdolni budować kariery na ich losie.

Dzikie karty to zbiór niezwykły. Podobne historie raczej spotyka się w komiksach, dlatego tym lepiej, że eksperyment literacki zaowocował ciekawym cyklem. Różnorodność tekstów, historii ludzi zainfekowanych wirusem oraz ich potomków, silne powiązania z historią – wszystkie te elementy sprawiają, że na tom drugi czekam z prawdziwą czytelniczą niecierpliwością.

Recenzja ukazała się na portalu Efantastyka

4 komentarze:

  1. zdjęcie z rozsypanymi kartami...troche tanie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy komentarz... też trochę tani ;)

      Usuń
  2. Wszystko fajnie, tylko ja nie bardzo lubię antologie. Tak więc raczej nie będę polować na ten tytuł ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To akurat naprawdę świetnie zapowiadająca się seria, a opowiadania zazębiają się ze sobą. Tak więc przemyśl swoją decyzję.

      Usuń

Komentarze obraźliwe będą usuwane.