czwartek, 25 lutego 2016

Jacek Łukawski - wywiad


Urodził się w Kielcach, z zawodu jest grafikiem komputerowym. Gdy nie miał jeszcze obowiązków, a miał czas, machał mieczem i strzelał z dział czarnoprochowych. Hartował ciało i ducha w organizacji strzeleckiej, brał udział w zawodach sprawnościowych i ćwiczył karate. Próbował też jeździć konno. Zwiedzał Polskę autostopem i na motocyklu. Zaczytywał się w książkach historycznych i fantasy. Jest laureatem wojewódzkiego konkursu Talenty 2000. Po kilkunastu latach przerwy napisał cykl opowiadań, które pojawiły się drukiem w antalogii Gawędy motocyklowe. Współtworzył kwartalnik motocyklowy Swoimi drogami. Wraz z żoną mieszka w pobliżu chęcińskiego zamku.

Z Jackiem Łukawskim, autorem powieści Krew i stal. przeprowadziłam wywiad dla Polacy nie gęsi i swoich autorów mają.


Jakie cechy powinien posiadać debiutujący pisarz by wydać swoją powieść u znanego wydawcy i odnieść sukces?


Bardzo chciałbym to wiedzieć, bo wtedy łatwiej byłoby mi się odnaleźć w tym wszystkim, co aktualnie dzieje się wokoło. Jeśli więc będziesz mogła mi wskazać kogoś, kto posiada taką wiedzę, to pierwszy poproszę go o rady i określenie cech, jakie muszę u siebie rozwinąć, by mieć szansę na wspomniany sukces.


Czy Krew i stal to Twoja pierwsza publikacja?


Samodzielna tak. Wcześniej miałem przyjemność opublikować kilka opowiadań w antologii Gawędy Motocyklowe, ale to zupełnie inna historia ;). Krew i stal jest więc pierwszą książką, pod którą w całości podpisuję się własnym nazwiskiem.

Dlaczego zdecydowałeś się zadebiutować powieścią wielotomową, a nie na przykład zbiorem opowiadań?

No tak, teraz wielotomowe debiuty są w modzie (śmiech). Na swoją obronę mam fakt, że w momencie gdy tworzyłem pierwszy szkielet historii, takiej mody jeszcze nie było. To był – Jezu, jak to zabrzmi! – schyłek lat dziewięćdziesiątych. Oczywiście od tamtego czasu zdążyłem kilka razy przemeblować sobie w głowie pomysły, ale sam schemat powieści pozostał bez zmian. Teraz z perspektywy czasu bardzo się cieszę, że wcześniej nie angażowałem się w pisanie, bo byłoby to porywanie się z motyką na słońce. W każdym razie miałem „trochę” czasu, by rozwinąć zarówno sam świat (dziś mówi się uniwersum, prawda?) i wątki. Zebrało się ich zbyt dużo, by dały się wcisnąć w jeden tom, a ja też nie czułem na to presji. Nie chciałem się nigdzie śpieszyć ani nic skracać. Uznałem, że piszę tak, jak chcę i będzie co ma być. Oczywiście liczyłem się z tym, że żadne z wydawnictw nie będzie chciało ryzykować wydania wielotomowej powieści nikomu nieznanego autora, ale po prostu musiałem spróbować. Gdy się człowiekowi kłębi w głowie pomysł przez tyle lat, to albo trzeba go z siebie wyrzucić, albo zwariować (śmiech). Postawiłem wszystko na jedną kartę, ale nie na ostrzu noża i chyba się udało.

Czy opisując stworzenia zamieszkujące Twoje uniwersum, sugerowałeś się jakimiś publikacjami? Mitologią słowiańską Brücknera lub Gieysztora? A może bestiariuszami?

Mitologią słowiańską interesowałem się jakiś czas temu, czytając wspomnianych autorów, a także Kosmana i Podgórskich. Te lektury towarzyszyły mi przez kilkanaście lat, tworząc jakiś obraz i wizję, wypadkową tego, o czym czytałem. Gdy siadłem do pisania, największą pomocą byli dla mnie Podgórscy z tej prozaicznej przyczyny, że ich praca została wydana w formie encyklopedycznej, a co za tym idzie, najłatwiej było z niej korzystać. W niektórych przypadkach trzymałem się sztywno zakorzenionych w naszej świadomości wzorców, a w innych przetwarzałem je wedle uznania. Uznałem, dla przykładu, że warto by pewne istoty stworzyły własne cywilizacje, ale za wcześniej jeszcze by o tym rozmawiać.

W Krwi i stali występują smoki. Czy Twoje smoki to klasyczne fantastyczne bestie, mądre i przebiegłe jak Smaug z Hobbita lub Drako z Ostatniego smoka? A może to po prostu zwyczajne zwierzęta nieposiadające magicznych właściwości?

W moim świecie większość smoków to zwykłe zwierzęta. Występują w kilku gatunkach, różniąc się między sobą wielkością, kształtem i zwyczajami. Niektóre z nich są mądrzejsze, inne głupsze, ale to zwierzęca mądrość lub głupota. Podobnie jak koty, psy lub konie, wśród których zdarzają się jednostki wybitne i te wybitne inaczej (śmiech). Natomiast żaden z nich nie będzie rozgrywał z bohaterami partii szachów ani nie opowie, jak to drzewiej bywało. Nie wykluczam oczywiście, że gdzieś mogła powstać jakaś anomalia, nadająca świadomość któremuś z tych zwierząt, lecz nic mi nie wiadomo, aby miała pojawić się na kartach powieści. Prędzej już jakiś zagrożony gatunek, czas pokaże.

Ważnym elementem intrygi jest miecz, Orhekryst. Nie ukrywam, nazwa przypomina brzmieniem nieco imię innego znanego miecza, Orkristra. Podobnie z imieniem Arthorn – brzmi niemal jak Aragorn czy Arathorn. Czy to świadome nawiązania do Władcy Pierścieni?

I tak i nie (śmiech). Gdy przy mieczu mogę puścić do Czytelników oko przyznając, że może być to odbierane jako ukłon wobec Tolkiena, w samej nazwie i niczym więcej, tak imię bohatera nie ma z dziełami Mistrza żadnego związku. Choć, źle mówię, ma, ale na zupełnie innej płaszczyźnie. Otóż, dla ułatwienia sobie pracy nad książką, stworzyłem różne pomoce, a w tym również cząstki słowotwórcze dla części imion. Części zależnej od obszaru, na którym zostały nadane. Skorzystałem więc z pomysłu warsztatowego, jaki podpatrzyłem u Tolkiena i to jedyny, świadomy związek, jaki powstał przy konstrukcji imienia głównego bohatera. Samo imię znaczy tyle, co „Przybysz z daleka” i jego podobieństwo do wspomnianej przez Ciebie postaci jest w stu procentach przypadkowe. Prawdę mówiąc, nawet nie pamiętałem tego imienia z trylogii, za co proszę na mnie psów nie wieszać (śmiech). Dzieła Tolkiena czytałem wiele lat temu, a filmy ominąłem szerokim łukiem, by nie psuć sobie wspomnień.

To nie koniec mojej rozmowy z autorem. Jeśli jesteście ciekawi ciągu dalszego, to zapraszam tutaj: Polacy nie gęsi...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze obraźliwe będą usuwane.