piątek, 5 stycznia 2018

Cosplay - czy w tym szaleństwie jest metoda?


Na początek warto wyjaśnić, czym właściwie jest cosplay. Nie będę przytaczać definicji, ani historii, bo to możecie znaleźć w każdej chwili w googlach. Krótko: jest to zabawa w przebieranie się za postać z gry, mangi czy anime lub filmu. Może być bardzo wierne, może być także wariacją na temat. Można powiedzieć, że w niektórych przypadkach bardzo przypomina to rekonstrukcję historyczną, bo odtwórstwo jest bardzo szczegółowe (łącznie z polowaniem na elementy stroju czy uzbrojenia, które wykorzystano w danym filmie).

Cosplayerów można zobaczyć na każdym konwencie. Zawsze patrzyłam na nich z pewną zazdrością, bo sama nigdy nie znalazłam w sobie dość odwagi, by sama się tym zająć. A chciałam.

Ale okazało się, że na każdego przyjdzie pora. Trzeba tylko poczekać na odpowiedni moment. I bohatera.


Ćwierć wieku bycia fanem

Odkąd po raz pierwszy obejrzałam Gwiezdne wojny, a było to dawno, dawno temu, chciałam mieć filmowy kostium. No kto by nie chciał, prawda? Początkowo najbardziej podobał mi się strój Luke'a Skywalkera z Powrotu Jedi. Potem oczywiście Dartha Vadera, ale z racji tego, że posturę mam raczej mało Vaderową, a i kostium swoje kosztuje, nigdy się na ten cosplay nie porwałam. Szturmowcy czy imperialni oficerowie też byli fajni, ale po pierwsze, nigdy nie widziałam siebie w hełmie, a po drugie - być jednym z wielu tak samo ubranych i właściwie na dłuższą metę nierozpoznawalnych postaci? To zdecydowanie nie dla mnie, bo jak robić cosplay, to z przytupem.

Długo myślałam nad jakimś kostiumem, ale żaden mi nie pasował. Aż w końcu obejrzałam Łotra 1, a właściwie jeden ze zwiastunów (no dobrze, wszystkie), ale między innymi ten właśnie:



I ten również:



I to było to.

Dyrektor Orson Krennic z miejsca podbił moje imperialne serce. To postać, na którą czekałam dwadzieścia pięć lat mojego fanowstwa - nie dość, że imperialny, to jeszcze w jakim pięknym mundurze! (o pelerynce nie zapominajmy). Łotr 1, którego po fatalnym Przebudzeniu Mocy nawet nie zamierzałam oglądać, nieoczekiwanie okazał się filmem, o jakim zawsze marzyłam - konkretnym militarnym widowiskiem, w którym widać imperialną potęgę oraz prawdziwy wojenny konflikt. Przywrócił mi wiarę w Gwiezdne wojny i rozpalił na nowo miłość do nich. I sprawił, że zdecydowałam się po tylu latach zrobić strój. A skoro już się zdecydowałam, to przy okazji postanowiłam spełnić kolejne długoletnie marzenie i wstąpić do 501 Legionu.

Nie obyło się bez przeróżnych perypetii, o których nie warto wspominać i w ogóle pamiętać. Ale dzięki wspaniałym osobom, które bardzo mi pomogły, kostium w końcu powstał. Akces do 501 Legionu uzyskałam 5 maja 2017 roku, niemal w czterdziestą rocznicę premiery Nowej nadziei. Zostałam zarejestrowana pod numerem ID-35980 jako druga kobieta na świecie, a pierwsza w Europie posiadająca kostium dyrektora Krennica.


Od tamtej pory kostium przeszedł kilka zmian na lepsze, podobnie jak ja - ścięłam włosy, a dzięki prelekcjom i spotkaniom z wielbicielami Star Wars stałam się bardziej otwartą osobą i nie obawiam się już tak bardzo publicznych wystąpień. Nie wspomnę o dziesiątkach nowych znajomości i odświeżeniu wielu dawnych. Przy okazji wiele nauczyłam się o konstrukcji blasterów (o tym będzie nieco szerzej w jednym z kolejnym wpisów), a także innych elementów składających się na wyposażenie imperialnego oficera.

Niedawno do kompletu doszła druga wersja pana dyrektora - w pelerynie przeciwdeszczowej, którą można zobaczyć w scenach początkowych filmu na Lah'mu, a także później na Eadu. Za całość odpowiada fantastyczna krawcowa z Bydgoszczy, z którą spędziłam sporo czasu rozszyfrowując zawiłości dyrektorskiej garderoby.

Ale warto było, bo efekt jest rewelacyjny.


Szaleństwo? Nie sądzę

Dla wielu ludzi, którzy nie interesują się fantastyką, cosplay to forma zdziecinnienia. Nie rozumieją, że jest to równie fajna sprawa jak odtwórstwo historyczne. Cóż, ich strata. Ja za każdym razem bawię się świetnie, a przy okazji mogę zrobić coś dobrego, bo działalność 501 Legionu (w tym naszego rodzimego Polish Garrison) to nie tylko pokazywanie się na konwentach, propagowanie wiedzy o Star Wars, ale również działalność charytatywna. I sprawia mi to ogromną przyjemność.

A Wy? Macie jakieś ulubione postacie, cosplay, o którego zrobieniu marzycie, ale boicie się zacząć? Wierzcie mi, na taką zabawę nigdy nie jest się zbyt starym.

Do zobaczenia na którymś konwencie!

2 komentarze:

  1. Ja sam odkąd pamiętam jestem fanem fantastyki i nie raz byłem na konwencie, kilka razy nawet z cosplayem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz. Ja jestem fanką fantastyki odkąd obejrzałam w kinie "Niekończącą się opowieść", a miałam wtedy, ja wiem, 8 lat? Ale na cosplay odważyłam się dopiero teraz.

      Usuń

Komentarze obraźliwe będą usuwane.