Rzymianie do domu!
Za każdym razem, gdy sięgam po kolejną powieść, której akcja osadzona jest w jakimś wycinku historii antycznego Rzymu, przypomina mi się sławetna scena z filmu Żywot Briana.
Główny bohater, będąc członkiem Żydowskiego Ruchu Oporu (albo Ruchu Oporu Judei lub innej organizacji antyrzymskiej, bo nazwy tej bojówki wciąż ulegały zmianie), za nieznajomość łacińskiej gramatyki miał napisać na murach Jerozolimy sto razy – tym razem poprawnie – hasło „Rzymianie do domu”. Po lekturze kolejnej powieści sandałowej (co prawda ten termin odnosi się głównie do filmów, ale myślę, że w tym mogę go użyć także w tym przypadku) mam ochotę zakrzyknąć: „Pisarze do domu!”. No bo ile razy mam czytać odgrzewany kotlet w postaci kolejnej wariacji na temat losów Cezara, Brutusa i Kleopatry? Ile można wałkować ten sam (choć arcyciekawy) wątek upadku republiki rzymskiej? Ile razy jeszcze legiony będą przekraczać Rubikon?






