Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu
Tak powinna brzmieć maksyma Teodory Wilk, głównej
bohaterki cyklu Anety Jadowskiej. Co prawda, nie mam tu na myśli jej
biologicznej rodziny, bo o niej wiadomo póki co niewiele, ale ta magiczna to
już inna para kaloszy. Stado wilków, dwójka wampirów, anioł i diabeł oraz
związana z nimi wiedźma złączeni są przedziwnymi i skomplikowanymi więzami, a
ich wzajemne relacje bywają trudne. Jak to w rodzinie.
W poprzednich tomach Dora Wilk walczyła między innymi z
bogami (Badb i Lokim), a także z szalonym archaniołem Rafaelem. Dlatego do Wszystko zostaje w rodzinie podchodziłam sceptycznie, bo co
jeszcze może spotkać główną bohaterkę po tylu perypetiach? Powstrzymała
Armagedon, pomogła zawrzeć sojusz pomiędzy magicznymi rasami, odkryła kilka
mrocznych tajemnic. Porównując najnowszą część cyklu do wcześniejszych, wydaje
się ona istną sielanką. Bohaterka musi „tylko” uporać się z wampirzą intrygą i
przywołać do porządku wilcze stado. Ach, i poradzić sobie z osobistymi kłopotami
oraz złamanym sercem, ale to nie problem dla takiej stalowej kobiety, prawda?
Sięgając po pierwszą część serii, spodziewałam się
ciekawej historii detektywistycznej osadzonej w dwóch światach: realnym i
magicznym. Czegoś w stylu przygód Feliksa Castora pióra Mike Carey’a, ale z
silną postacią kobiecą i romantycznym wątkiem na drugim planie. Niestety, z każdą
kolejną powieścią zagadki kryminalne coraz bardziej schodziły na dalszy plan,
zaczynał natomiast dominować romans. Moja irytacja i rozczarowanie osiągnęły szczyt
w trakcie lektury tomu trzeciego. W rezultacie początkowe zaciekawienie i
nadzieje rozwiały się, a na ukazanie się Wszystko zostaje w
rodzinie jakoś specjalnie nie czekałam.
Nie twierdzę, że Jadowska nie posiada daru
pisania. Wręcz przeciwnie, jej książki czyta się płynnie i szybko, a język
okraszony jest lekkim i przyjemnym humorem. Czasami jednak dialogi są napisane
zbyt poprawną polszczyzną, szczególnie gdy kwestie padają z ust przedstawicieli
półświatka. Taki sposób wypowiadania się postaci jest zbyt nieprawdziwy i
czasami wręcz śmieszny. Wielu ludzi po prostu tak nie mówi, a miejscami aż
prosi się o zastosowanie stylizacji językowej.
Niestety, dar pisania nie obejmuje
umiejętności tworzenia interesujących postaci. Główna bohaterka nie dość, że
niemal w każdym tomie otrzymuje kolejne supermoce i wychodzi cało z najgorszych
opresji (łącznie z przebijaniem mieczem), to dodatkowo działa na mężczyzn jak
lep na muchy. Zarzut może i śmieszny, ale w perspektywie kilku tomów i
kilkunastu męskich postaci słuszny. Prawie każdy przedstawiciel płci
powszechnie uważanej za brzydszą (żywy czy umarły) jest jej niezwykle oddany
lub nią zauroczony (często jedno i drugie), a ten, kto początkowo nie wydaje
się dostrzegać jej wspaniałości, wkrótce będzie miał okazję ją zobaczyć i
naprawić swój błąd. Dora to seksbomba, powabna, ale przy tym honorowa i wierna
przyjaciołom, po prostu chodzący ideał, który posiada umiejętność wkurzania
wszystkich. Kto myśli inaczej, jest na pewno jej zatwardziałym wrogiem lub
skrywa jakiś sekret. Taka kreacja głównej bohaterki bardzo mnie irytowała w
trakcie lektury. Autorka wyraźnie nie potrafi stworzyć innej, silnej postaci
kobiecej – każda napotkana przedstawicielka płci pięknej to albo przeciwniczka
wiedźmy (i to z gruntu złą i głupią), albo jest słaba/nieśmiała (niepotrzebne
skreślić) i potrzebuje jej obrony. Brak silnych, interesujących pań razi i
sprawia, że cała historia staje się zbyt przewidywalna, a podobny schemat
pojawia się w każdej części cyklu.
Jadowska garściami czerpie z różnych
mitologii (bóstwa celtyckie, nordyckie, wampiry czy osoby z kręgu
chrześcijańskiego), mieszając ze sobą przedstawicieli odmiennych systemów
religijnych. I wszystko byłoby w porządku, ale skoro decyduje się na
wprowadzenie do fabuły postaci diabelskich, demonicznych oraz anielskich, to
jednak powinna zachować pewne charakteryzujące je cechy. Inaczej nazywanie
diabła diabłem mija się z celem, bo nie posiada on przynależnych mu atrybutów.
Lucyfer jest Władcą Piekieł tak naprawdę tylko z nazwy – u Jadowskiej to
kochający dziadek, który szaleje także za główną bohaterką; Baal, Książę
Demonów – przed innymi udaje twardziela i okrutnika, a tak naprawdę ma miękkie serduszko.
Wydaje mi się, że autorka stosuje te nazwy jedynie do określenia gatunku, z
którego bohaterowie pochodzą, nie przejmując się wcale cechami nadanymi im
przez kulturę. Jedyne zło, jakie występuje w jej powieściach, to starzy mściwi
bogowie i równie stare wampiry lub parające się dilerką i stręczycielstwem
wilczyce. Moim zdaniem jest to duże uproszczenie, a zatarcie różnic sprawia, że
książka staje się zbyt monotonna.
Podsumowując, Wszystko zostaje w rodzinie
to kolejna powieść z cyklu, który mógł wnieść coś nowego do polskiej
fantastyki, a stał się rozwlekłym i przewidywalnym romansem paranormalnym.
Wielka szkoda, że potencjał części pierwszej został rozmyty w potokach łez,
falach westchnień i górnolotnych deklaracji bohaterów.
Recenzja ukazała się na portalu Efantastyka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze obraźliwe będą usuwane.