Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmetyki domowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmetyki domowe. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 listopada 2014

Mydło "Łyżka dziegciu" jest już gotowe!

Ponad miesiąc temu pisałam o kolejnym mydle, jakie postanowiliśmy z moim mężem zrobić (o, tutaj). Dzisiaj chcę Wam pokazać jak wygląda mydło dziegciowe i jakie są nasze wrażenia po zmydleniu dwóch kostek.


piątek, 29 listopada 2013

Domowe mydło 2 - Mydło Świąteczne

Dzisiejszy post będzie krótki.

Już niedługo Boże Narodzenie. Wśród wielu rzeczy, które kojarzą mi się z tymi świętami są m.in. pomarańcze. Ich zapach i smak to niemal taka sama tradycja jak choinka czy prezenty. Dlatego postanowiliśmy z mężem zrobić nowe mydło, które związane byłoby z tymi świętami.

Proces produkcji przebiegał w taki sam sposób, jaki opisałam w tym poście, z tą tylko różnicą, że zamiast miodu dodaliśmy otartą skórkę z pomarańczy i szczyptę świeżego cynamonu. Zapach i wygląd pokrojonych kostek są fantastyczne - fragmenty skórki nie osiadły na dole (czego się obawialiśmy), ale bardzo ładnie rozprowadziły się po całej ich szerokości. Teraz mydło dojrzewa i mamy tylko nadzieję, że proces zmydlania zakończy się tuż przed świętami. A ja wkrótce zabieram się za wypisywanie etykietek, które Wam na pewno zaprezentuję na blogu.

niedziela, 11 sierpnia 2013

Mydło miodowe - jest już gotowe!

Miesiąc temu pisałam Wam o domowej produkcji mydła (o całym procesie możecie poczytać TUTAJ). Dzisiaj chcę Wam zaprezentować produkt finalny, gotowy do użycia.

Mydło bardzo ładnie dojrzało i nabrało charakterystycznego miodowego koloru. W czasie mycia nie pieni się, co jest charakterystyczną właściwością mydeł zawierających oliwę z oliwek (jesteśmy przyzwyczajeni do pieniącego się mydła, ale to tylko świadczy o jego sztuczności i ilości wykorzystanych w produkcji detergentów). Poza tym mydło bardzo dobrze nawilża skórę.

Na zdjęciu poniżej widać opakowane mydło i przygotowanie do wykonywania etykiet. Oczywiście nie mogłam pozwolić odebrać sobie przyjemności ich ręcznego wypisywania i wypróbowania nowych zabawek: stalówki Mitchella i atramentu Rohrer & Klingner o wdzięcznej nazwie koloru scabiosa (driakiew). Mój mąż zaproponował nazwę - Miodowa Nuta - a ja wykonałam resztę.



Każda etykietka na kostce ma także informację o składzie mydła.


Jeśli ktoś z Was byłby chętny do zaopatrzenia się w takie mydełko (a bardzo je polecam, bo jest naprawdę świetne), to zapraszam do kontaktu ze mną - albo na maila, albo przez facebooka, albo po prostu poprzez komentarz pod postem.

środa, 17 lipca 2013

Peeling kawowy a'la Darth Vader

Letnia pogoda rozleniwia mnie i odbiera ochotę na wyszywanie (do takich robótek chyba trzeba ciepełka z pieca i minusowej temperatury na zewnątrz). Jednak zamiast kolejnych eksperymentów hafciarskich zaczynam eksperymentować z domowymi sposobami wytwarzania kosmetyków. Może to zajęcie mało geekowskie, ale za to bardzo ciekawe.

Po mydle przyszedł czas na peeling. Uwielbiam peelingi, szczególnie z dużymi grudkami i szukałam przepisu na zrobienie czegoś takiego w domu. Na jednym z niezliczonych blogów znalazłam wreszcie dość interesującą recepturę na peeling kawowy. A że fusów kawowych jest u mnie w domu pod dostatkiem, postanowiłam przepis wypróbować.

Składniki są łatwo dostępne:
- fusy kawowe (1 szklanka),
- oliwa z oliwek (100 ml),
- sól (pół łyżeczki),
- przyprawy aromatyczne (mielony imbir, mielony cynamon, każdego po 1,5 łyżeczki).

Z braku imbiru dodałam kilka kropel aromatu z goździków.

Całość wyszła fantastycznie. Zapach jest cudowny - aromat kawy przepleciony z cynamonem i goździkami. "Zdzieralność" peelingu też jest świetna - po użyciu skóra jest gładka i lekko nawilżona. Nie muszę chyba też dodawać, że wykonanie kosmetyku jest proste, szybkie i przede wszystkim ekonomiczne, a przy tym wiemy dokładnie, co wchodzi w jego skład i nie używamy niepotrzebnie chemii.
Peeling ma także swoje wady, a dokładnie jedną: wanna czy prysznic wymagają gruntownego sprzątania po takiej kąpieli, bo fusy wciskają się wszędzie. Myślę jednak, że warto poświęcić trochę więcej czasu na sprzątanie, bo efekty używania peelingu są widoczne.

A dlaczego nazwałam peeling "a'la Darth Vader"? Po nałożeniu go na całe ciało skojarzył mi się ze zbroją Vadera, bo peeling jest czarny. Wiem, luźne to skojarzenie, ale musicie przyznać, że nazwa rzuca się w oczy :)



środa, 10 lipca 2013

Domowe mydło z miodem wrzosowym

Wśród rzeczy, których jeszcze nie robiłam znalazło się... mydło. Mój mąż już kilka razy produkował je w domu, więc postanowiłam mu pomóc i się tego nauczyć. Takie domowe mydło ma wiele dobrych właściwości - wiemy, z czego jest zrobione, poza tym jest takie, jakie chcemy (zazwyczaj).

Naukę rozpoczęłam od zrobienia mydła z zawartością wosku pszczelego i miodu wrzosowego. Jako tłuszcz posłużyła oliwa (dzięki temu mydło ma też właściwości nawilżające, a po użyciu skóra jest bardzo miękka). Pierwszy etap to podgrzewanie tłuszczu i wosku pszczelego.


Ważne jest także wcześniejsze przygotowanie formy. Wnętrze wykładamy papierem do pieczenia tak, aby mydło nie mogło wypłynąć i wygładzamy brzegi by nie robiły się zmarszczki i fałdki.


Najtrudniejszym etapem przygotowywania składników jest wymieszanie wodorotlenku sodu z wodą destylowaną, ponieważ w trakcie zachodzi dość gwałtowna reakcja. Wodorotlenek jest żrący, ale bez niego nie powstanie mydło. Potem, w trakcie "leżakowania", wodorotlenek zmydla się i mydło nadaje się do użycia.
Mieszankę przygotował mój mąż, bo ma w tym wprawę. Ja się tylko przyglądałam.


Aby wszystko ładnie się połączyło musieliśmy zmniejszyć temperaturę tłuszczy i wodorotlenku, a więc... zimna kąpiel :)


Po zmieszaniu obu składników powstała ładnie pachnąca (i wyglądająca) masa.



Do masy dodałam rozpuszczonego miodu wrzosowego, co nadało całości nie tylko miodowego wyglądu, ale i zapachu.


Po zmieszaniu przelaliśmy całość do formy.



Tak wyglądało mydło pierwszego dnia. W całym domu pachniało miodem i pszczelim woskiem.


Kolejny etap to dwudziestoczterogodzinne leżakowanie pod przykryciem po to, by mydło trochę stwardniało.


Po leżakowaniu mydło wyglądało tak:


Po otwarciu formy i ostrożnym ściągnięciu papieru, mydło wygląda jak wielki blok plasteliny i taką ma też konsystencję.



Ostatni etap to cięcie na kostki. Musiałam robić to ostrożnie (nadal jest żrące!) i rozgrzanym nożem. Potem poukładałam kostki w pudełkach i przykryłam papierem. Teraz muszą poleżeć przez około cztery tygodnie aby reakcja zmydlania zaszła do końca. Po tym czasie mydło będzie jak najbardziej bezpieczne i gotowe do użycia.


Jeśli ktoś z Was byłby chętny do zaopatrzenia się w takie mydełko (a bardzo je polecam, bo jest świetne), to zapraszam do kontaktu ze mną - albo na maila, albo przez facebooka, albo po prostu poprzez komentarz pod postem. Za miesiąc mydełka będą gotowe :)